Archive for Styczeń, 2012

Olga i Piotr.

Styczeń 28, 2012

Od jakiegoś czasu bardzo polubiłem kameralne wesela, tzn. takie gdzie jest maksymalnie kilkadziesiąt osób. W ubiegłym roku miałem ich kilka i każde z nich było naprawdę świetne i wyjątkowe. To, że jest niewiele osób uważam osobiście za zaletę jeśli chodzi o robienie zdjęć. Dużo łatwiej wszystko ogarnąć, wypatrzeć, pokazać. I wcale nie wiąże się to z nudą, małą ilością zdjęć, małą ilością fajnych momentów, sytuacji. Wręcz przeciwnie. Może miałem po prostu szczęście, ale moje Pary z tych „małych wesel” były niesamowite, wyluzowane i spontaniczne. Goście również dostosowywali się do takiego standardu, tak że zdjęcia i to dużo zdjęć robiły się niemalże same.

Ślub i wesele Olgi i Piotra należało właśnie do takich jak napisałem powyżej. Olga i Piotr to świetni i bardzo kontaktowi ludzie, którzy doskonale wiedzą czego chcą i czego nie chcą. Także jeśli chodzi o zdjęcia. Podczas Naszego spotkania przed ślubem od razu wyłożyli kawę na ławę mówiąc, że w żadnym wypadku nie chcą żadnych ustawianek, pozowanek, reżyserowania i katalogu gości. A chcą zdjęcia oddające dzień ślubu w sposób jak najbardziej naturalny i niebanalny, pokazujące ich samych, ich gości, emocje, gesty i wydarzenia niejako z pozycji przypadkowego, ukrytego obserwatora. A do tego wszystkiego powiedzieli, że bardzo lubią zdjęcia czarno-białe. I to jest to !!! Uwielbiam takie podejście Pary Młodej do reportażu z dnia ślubu.

W dniu ślubu na dzień dobry pojechałem zrobić Oldze kilka zdjęć podczas wykonywania makijażu przez moją ulubioną wizażystkę Agnieszkę Załęcką. Ulubioną nie tylko ze względu na to, że zawsze jest bardzo wesoło, ale przede wszystkim przez to, że mam pewność, że Agnieszka świetnie wykona swoją pracę, a Panna Młoda, czyli w tym przypadku Olga będzie wyglądać rewelacyjnie. I tak też było tym razem. Potem powrót do domu i ponowny przyjazd za jakiś czas już z całym swoim ekwipunkiem. Kilka zdjęć i wyjazd na ślub do oddalonych od Kielc o ok. 50 kilometrów Kurozwęk, słynących przede wszystkim z kompleksu pałacowego, w którym nota bene odbyło się wesele. O ile w poprzednim reportażu na blogu bardzo spodobał mi się kościół, natomiast miałem wiele „ale” do sali weselnej, to w tym przypadku powiem jedynie tyle, że kościół w Kurozwękach w którym odbył się ślub, choć miał swój klimat, to mimo wszystko jak dla mnie był mało fotogeniczny i ciężki do fotografowania. Za to sali weselnej w Pałacu kliknąłbym „Lubię to!”. Zwłaszcza w połączeniu ze światłami DJ.

Tak więc poniżej świetna Para Młoda, niewielu gości, ale za to kapitalnych, wiele fajnych momentów i dużo, a nawet dużo za dużo zdjęć, do obejrzenia których mimo wszystko zapraszam.

(miałem dawać krótkie opisy przed zdjęciami i mniej zdjęć… znów mnie poniosło)

 

ceremonia ślubu: kościół parafialny p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Augustyna w Kurozwękach

wesele: Zespół Pałacowy w Kurozwękach

Pierwszy raz na nartach.

Styczeń 23, 2012

Nareszcie narty !!! To był w sumie pierwszy weekend tej zimy, kiedy pogoda i przede wszystkim śnieg sprzyjały wyjściu na narty. Tak, że w sobotnie dopołudnie postanowiłem zabrać Gosię i Bartka na pobliski stok narciarski w Niestachowie k/Kielc. Wiedziałem, że jest tam wydzielone miejsce do nauki jazdy dla małych dzieci, tzw. przedszkole narciarskie, gdzie dzieci w dobrych i bezpiecznych warunkach mogą stawiać pierwsze kroki na nartach. Powiem szczerze, że bardzo, a to bardzo chciałbym, żeby Bartek jeździł na nartach, żeby czerpał z tego dużo przyjemność i radość no i… stało się. Przechodząc obok tego przedszkola, Bartek zobaczył jeżdżące małe dzieci, podszedł do siatki i powiedział „ja też chcę pojeździć na nartach”. Od razu poszedłem do wypożyczalni z nadzieją, że uda się wypożyczyć dla niego odpowiedni narty i buty. Ku mojemu zaskoczeniu i radości wypożyczalnia była naprawdę bardzo dobrze wyposażona w sprzęt i po chwili zakładałem już Bartkowi buty i narty. Sam nie wiem kto bardziej się cieszył, ja czy on. Miałem pewne obawy czy coś z tego wyjdzie, a tu meeeega zaskoczenie. Po kilku minutach Bartek zaczął sam zjeżdżać. Ech, zdziwienie, radość i duma rozpierały i mnie i Gosię. Na śniegu rozstawione były różne piankowe „przeszkody”, tak że Bartek jeździł od „łosia łososia” do „pingwina co pije dużo wina”. Nazwy chyba trafiłem, bo Bartek do dziś zaśmiewa się z tego łosia i pingwina.

A tak mniej więcej wyglądał pierwszy raz Bartka na nartach. Do zrobienia zdjęć znów przysłużyła mi się stara, mała, lekka i kieszonkowa lustrzanka Canon 350d z obiektywem kitowym 18-55.

Pierwszy zjazd był pod opieką mamy:

A po chwili Gosi dałem aparat, a sam zacząłem wnosić Bartka pod górkę i puszczać w dół:

Koniec trasy, Bartek wraca ok 30 metrów w górę do „łosia łososia”, gdzie był start. Próbowałem różnych metod, ale tak najwygodniej mi się go wnosiło.

I znowu koniec trasy. Po kilkunastu razach z górki (bez Bartka) i pod górkę (z Bartkiem na rękach) czuć było zmęczenie, ale co z tego. Radość, zabawa i nauka z synkiem była bezcenna !!!

Aż w końcu spróbowaliśmy podjechać wyciągiem „wyrwirączką”. Pierwszy raz to był mój pomysł, a potem Bartek nie chciał słyszeć o podchodzeniu, czy wnoszeniu go, trzeba było wjeżdżać wyciągiem.

Nie ważne, że miałem sprzęt w samochodzie, nie ważne że nie pojeździłem. To i tak było moje najlepsze wyjście na narty i już nie mogę doczekać się następnego razu. A sam niebawem wyjeżdżę się do woli na Telegrafie.